Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przemyślenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przemyślenia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 stycznia 2014

"Hobbit. Pustkowie Smauga" i "Wołyńskie Słowiki"

Ostatnie dni mijają mi dość intensywnie, co mnie zawsze bardzo cieszy. Wczoraj byłam z Mamą i moją koleżanką na znanym już chyba wszystkim filmie:


Dziś natomiast w Chełmskim Domu Kultury odbył się koncert charytatywno-dziękczynny, zorganizowany przez powołane do życia w czerwcu ubiegłego roku stowarzyszenie "Przytulisko". Swoimi występami wydarzenie owo uświetnił zespół dziecięco-młodzieżowy "Wołyńskie Słowiki", który właśnie w tym roku obchodzi jubileusz piętnastolecia swego istnienia.

W zespole tym występują zarówno dziewczęta, jak i chłopcy, którzy śpiewają (po polsku i po ukraińsku), tańczą i grają na instrumentach. 

W Chełmskim Domu Kultury obecni dziś byli przedstawiciele władz i mieszkańcy miasta oraz - z pewnych przyczyn - przedstawicielka Fundacji Polsat. Wiele osób otrzymało odznaczenia w postaci medali oraz odznak, a także podziękowania w formie dyplomów.

Oto kilka zdjęć z występu "Wołyńskich Słowików" na scenie CHDK-u. 








wtorek, 31 grudnia 2013

Za pięć dwunasta...



Z okazji zbliżającego się Nowego Roku

chciałabym życzyć Wam przede wszystkim zdrowia, bo jak ono dopisuje,

to życie jest łatwiejsze.

Niech Nowy Rok przyniesie Wam też spełnienie marzeń.

A sobie po cichutku życzę, by nadchodzący rok był dla mnie choć 

odrobinę lepszy niż ten, który właśnie się kończy.

Tylko tego bym chciała, oprócz zdrowia oczywiście. :-)

wtorek, 17 grudnia 2013

Listonosz zawsze dzwoni dwa razy...

Tytuł tego znanego filmu z lat czterdziestych przyszedł mi na myśl, gdy zastanawiałam się nad tym, jak opisać to, ile radości przyniósł mi dzisiejszy dzień.

Czułam dziś ściskające za gardło wzruszenie. Czuję je za każdym razem, gdy uświadamiam sobie, że ktoś o mnie pamięta, mimo dzielącej nas odległości.

Czasem potrzeba mi naprawdę niewiele, bym poczuła się szczęśliwa. To świadomość cichej, serdecznej obecności drugiego człowieka sprawia, że na mojej twarzy gości uśmiech, a ja chcę zatrzymać w sobie tę dziecięcą radość jak najdłużej.

Jabłkowocynamonowa świeczka stoi obok innych drobiazgów, leżących na stole, przypominając mi o zbliżających się świętach i o tym, że każdy dzień może stać się źródłem pięknych niespodzianek. :)

Dziękuję z całego serca... A komu? Niech to już pozostanie moją tajemnicą. :)

poniedziałek, 25 listopada 2013

Cisza na blogu

Pewnie się zastanawiacie, skąd ta cisza na blogu. Otóż kilka dni temu dopadła mnie jakaś infekcja i bardzo słabo się czuję.

Do blogosfery wrócę, kiedy poczuję się lepiej. Teraz nie mam na nic siły.

niedziela, 10 listopada 2013

"Chce się żyć"

"(...) To zupełnie jak mój pies, ślini się na widok jedzenia, cieszy się na mój, a na dodatek merda ogonem".

To cytat, choć może nie dość wierny, z głośnego filmu Macieja Pieprzycy "Chce się żyć", który dziś, w towarzystwie Mamy i mojej koleżanki obejrzałam w kinie.

Z pewnością wielu z Was już o tym filmie słyszało, być może nawet go widziało, dla pewności jednak odrobinę go Wam przybliżę.

Głównym bohaterem filmu jest Mateusz, mężczyzna chorujący na ciężką, czterokończynową postać Mózgowego Porażenia Dziecięcego. Na temat obrazu Pieprzycy, genialnej gry Dawida Ogrodnika oraz Przemka, w oparciu o losy którego ów film powstał, padło już wiele słów. Najpierw pomyślałam, że nie będę dokładać pieniędzy reżyserowi i aktorom, skoro Przemek, człowiek tak bardzo dotknięty przez los, również przez twórców czuje się wykorzystany (choć tak naprawdę, nie wiem przecież, jak było), potem jednak postanowiłam się przemóc. Sama bowiem chciałam przekonać się, co jest w tym filmie takiego niezwykłego.

Na pewno niezwykła jest jego prawdziwość, pokazanie prawdy o życiu i egzystencji niepełnosprawnych ludzi takimi, jakimi one są, beż żadnych upiększeń, brutalna wręcz szczerość. Na uwagę zasługują również niewątpliwie gra Dawida Ogrodnika oraz chłopca, który wcielał się w Przemka z lat dziecięcych.

Co jeszcze mi się w tym filmie podobało to to, że strąca niepełnosprawność z piedestału. Próbuje w jakiś sposób edukować, że każdemu człowiekowi, bez względu na to, w jakim ciele ukrywa się jego dusza, należy się szacunek. Bo filmowy Mateusz, to ani pies, ani tym bardziej nie roślina, jak się o nim nie raz i nie dwa pogardliwie wyrażano, sądząc, że nie rozumie. Dobrze więc, iż taki film powstał, bo może niejednemu otworzy oczy na rzeczywistość.

Ja mam jednak jedno duże "ale". Film "Chce się żyć" nie wzbudził we mnie jakichś szczególnych emocji. Był dla mnie po prostu jednym z wielu. Nie wiem dlaczego, przecież jestem wrażliwa ponad miarę. Nie, nie, jednak wiem. Mimo tego, że miałam w życiu nieco więcej szczęścia niż Mateusz/Przemek, dzięki czemu moje ciało jest dużo sprawniejsze niż jego, to i tak w dużej mierze wiem, jak takie życie wygląda.

sobota, 12 października 2013

Krzywy krawężnik

Co się może wydarzyć na ulicy? Jak sami wiecie, wiele różnych sytuacji. Ta wczorajsza należała do niezbyt przyjemnych.

Wybrałam się z moją Mamą do biblioteki, żeby oddać wypożyczone książki. (Moja Mama czyta tyle, że sobie nawet nie wyobrażacie. Aż żałuję, że nie zapisuję tytułów książek, które przeczytała...). Wracałyśmy już do domu, byłyśmy w pobliżu przystanku autobusowego (zawsze jeździmy do miasta autobusem), kiedy z powodu krzywego krawężnika wypadłam z wózka, prosto na wysypaną ostrym żwirem drogę. W jednej chwili byłam w wózku, w drugiej leżałam na ziemi.

Upadłam na nadgarstki i buzię. Pozdzierałam sobie obie dłonie, lewą dość mocno oraz lewy łokieć. Mam otarcie na nim, mimo tego, że byłam ubrana w grubszą bluzkę i polarową bluzę. Najbardziej cieszę się, że nic sobie nie złamałam i nie potłukłam okularów. Mam je przecież dopiero niecałe pół roku...

Na co dzień jestem dość sprawna, umiem na przykład sama wejść na wózek prosto z podłogi. Wczoraj natomiast ze strachu tak zesztywniałam, że gdyby nie pomoc trzech obcych osób, na wózek bym nie wsiadła. Jeden pan pytał mnie nawet, czy nie nie wezwać karetki, ale na szczęście nie było takiej potrzeby.

Mówi się dużo o znieczulicy w dzisiejszych czasach. Takie zjawisko istnieje, tego nie da się ukryć. Są jednak na szczęście jeszcze ludzie, którzy potrafią okazać zainteresowanie drugiemu człowiekowi, tak jak mnie wczoraj.

piątek, 27 września 2013

Lenka

Pod koniec sierpnia znowu odwiedziła mnie Lenka, wraz ze swoimi rodzicami - Anią i Przemkiem. Zdjęć ze spotkania Wam nie pokażę. Pokażę Wam za to inne zdjęcie, według mnie równie piękne.

Lenka karmi kotki. :)


I Lenka, i kocie maleństwa, które ją otoczyły, są tak samo urocze.

niedziela, 25 sierpnia 2013

Powroty bywają piękne...

Wspomnienia. To w tych dobrych, pięknych tkwi magia, choć w miarę upływu czasu mogą mocno się zatrzeć. Są dla mnie jak przezroczyste różnokolorowe koraliki, które nawlekam na niewidzialną nić, po czym chowam głęboko w sercu.

We wczorajszą sobotę miałam okazję powrócić do Nałęczowa. Byłam tam już kiedyś dość dawno temu i mimo że niewiele pamiętam z tamtej wizyty, to miło ją wspominam.

Tym razem urocze popołudnie w Nałęczowie spędziłam w towarzystwie Pani Moniki Oleksy oraz jej bliskich. Zachowam to popołudnie w pamięci na bardzo długo, a pewnie nawet i na zawsze. Pomogą mi w tym zapach, smaki, widoki oraz brzmienie ciepłych słów.

Kawiarnia Ewelina, która gościła na kartach powieści Pani Moniki "Ciemna strona miłości", to miejsce z klimatem. O takich mam zwyczaj mówić, że mają duszę. Kawiarnia Ewelina ma ją z pewnością, co dostrzegłam nie tylko ja i Pani Monika, ale także pani profesor Maria Szyszkowska, która także w niej gościła we wczorajsze sobotnie popołudnie.

Z kawiarni Eweliny przywiozłam wspomnienie smaku Nałęczowskiej Delicji oraz ciepłej herbaty.

Chyba nigdzie na świecie nie ma tak pysznych lodów jak właśnie tam - w Nałęczowie.

W tym miasteczku czas niemal się zatrzymał. Jego atmosfera ma w sobie powiew dawnych czasów, o czym świadczą nie tylko odrestaurowane urocze wille - na przykład Willa Różana, ale również wzmianki o tym, że miejscowość tę upodobali sobie tacy sławni pisarze, jak na przykład Bolesław Prus, Henryk Sienkiewicz oraz Stefan Żeromski. Ci niezapomniani twórcy przyjeżdżali tam po to, by tworzyć swoje najsłynniejsze dzieła.

Nałęczów będzie mi się od teraz kojarzył z niepowtarzalnym zapachem lasu, piękną rozmową z Panią Moniką i czasem płynącym niespiesznie.

Dostojny Pan Łabędź 



W towarzystwie Bolesława Prusa



A to my :)


Pani Moniko, jeszcze raz z całego serca dziękuję Pani i Pani bliskim za wspaniałe spotkanie!!!

niedziela, 11 sierpnia 2013

Czas i inne sprawy

Czas jest w istocie zjawiskiem naprawdę niezwykłym. Zawsze, gdy czekam na coś, czego bardzo pragnę, bardzo mi się dłuży, a potem, gdy to, czego wyczekiwałam nadchodzi, gwałtownie przyspiesza.

W ostatnim tygodniu sporo się u mnie działo, między innymi z tego wynikła moja dość długa nieobecność na blogu. Szkoda mi było cennych chwil na spędzanie ich przed komputerem. Wolałam je wykorzystać na rozmowy z bliskimi memu sercu osobami i radowanie się gorącym latem.

Zdecydowanie bardziej wolę trzydziestostopniowe upały od trzydziestostopniowego mrozu. :) Jedynym minusem takiej pięknej pogody są komary. W ostatni czwartek, gdy odwiedzałam krewnych, tak mnie pokąsały, że ochrzczono mnie "królową moskitów". Moja Mama, kiedy tylko ujrzała moją zapuchniętą buzię, bardzo się wystraszyła. Obawiała się, bym nie dostała jakiegoś wstrząsu, bo mam alergię. Na szczęście pomógł Fenistil na ukąszenia. (To nie jest reklama).

Wakacje wciąż jeszcze trwają, a ja już czekam na kolejne. Mam nadzieję, że z tymi, których kocham, spotkamy się - ja i moja Mama - szczęśliwie za rok.

Muszę się Wam jeszcze pochwalić, że zaczęłam się przemieszczać w ortezach o kulach po mieszkaniu. Na chwilę obecną jeszcze w tych pierwszych, ponieważ takie właśnie jest zalecenie mojego rehabilitanta. Jestem z siebie bardzo dumna, choć momentami bywa strasznie ciężko, ale trzeba to przetrwać. Innej rady nie ma.

Tamtych drugich, nowych, używam do nauki samodzielnego stania, a także korekty i nauki chodu w trakcie rehabilitacji z Panem Rafałem oraz moją Mamą.

Uśmiecham się do Was. :)

czwartek, 11 lipca 2013

czwartek, 13 czerwca 2013

Znak życia

Jak to było? "Jak nie urok, to przemarsz wojsk sowieckich", czy jakoś inaczej? 

Dość powiedzieć, że moje życie stanęło ostatnio na głowie, stąd ta cisza na blogu. Rzeknę tylko, że jednym z jej powodów jest infekcja, z której nie mogę się wyleczyć od prawie trzech tygodni. W ciągu tego krótkiego czasu już trzy razy byłam u lekarza.
 
Męczą mnie powikłania po antybiotyku. Te siły, które mam, oszczędzam na wzmocnienie osłabionego organizmu. Mam dużo mniej sił, co niestety widać między innymi po ilości ćwiczeń, które mogę wykonywać i po dystansach, jakie jestem w stanie pokonać.

O innych powodach mego milczenia napisać nie mogę, powiem Wam, że nawet czytać nie mam za bardzo ochoty ani sił.

Dziękuję Wam za to, że jesteście przy mnie mimo mej nieobecności w blogosferze. Mam nadzieję wrócić do niej i do Was, gdy tylko życie przystopuje.

Czekajcie na mnie, proszę.

wtorek, 28 maja 2013

Maj się kończy już niedługo. Nareszcie...

Nie przypominam sobie, by którykolwiek z ostatnich miesięcy upływał mi tak intensywnie, jak kończący się właśnie maj.

Ja nie żyję tylko rehabilitacją, nauką chodzenia i wizytami u lekarza. Przeciwnie - mam jeszcze sporo innych obowiązków, mimo że nie pracuję zawodowo. Ba, czasem zdarzają się nawet jeszcze jakieś rozrywki i spotkania towarzyskie.

Miałam wielkie plany na 25. maja. Poszłam z Mamą do fryzjera, pozwalając fryzjerce, by wyczarowała z moich długich przecież włosów fryzurę księżniczki. Pięknie się wystroiłam i niewprawną ręką zrobiłam sobie delikatny makijaż (wprawdzie tylko ust, ale zawsze).

Po tym całym robieniu się na bóstwo (wszyscy mówili, że wyglądam przepięknie...), pojechałam z Mamą do kościoła i na przyjęcie weselne z nadzieją, że będzie miło i radośnie. A po dwóch godzinach opuściłam bawiących się gości, bo moje samopoczucie uległo znacznemu pogorszeniu. Czułam się tak źle, że w niedzielę rano szukałam lekarza, który by mnie przyjął. Na szczęście jest w Chełmie lekarska opieka świąteczna i zaordynowano mi odpowiednie medykamenty.

Niedzielę i dzień wczorajszy niemal w całości przespałam. Dzisiejsza noc też była nieciekawa, gdyż prawie nie zmrużyłam oka. Muszę jednak wydobrzeć do czwartku, bo właśnie wtedy szykuje mi się kolejne spotkanie. Jutro zresztą też...

Czuję się już trochę lepiej co daje mi nadzieję na to, iż we czwartek będę się dobrze bawić wśród życzliwych mi ludzi.

Oby tylko pogoda dopisała. Tak naprawdę może nawet padać, byle dopisywał mi dobry humor. Bo nieważne, jaka aura widnieje za oknem, ważne jest to, jaką nosi się w sercu.


czwartek, 16 maja 2013

Z wizytą w stolicy...

W poniedziałkowe przedpołudnie 13. maja Warszawa przywitała mnie i moją Mamę zimnem
i wiatrem. Ja odczułam to szczególnie mocno, gdyż miałam na sobie bluzeczkę z krótkim rękawem
i żakiet.

Do stolicy pojechałam po długo oczekiwany przeze mnie odbiór ortez. Wszystko odbyło się zgodnie
z planem, a ja od wtorku uczę się w nich chodzić. Szczerze muszę przyznać, że nie jest to łatwa nauka. Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że moje ciało zachowuje się w nich zupełnie inaczej niż
w tych poprzednich. Pracę podjęły inne grupy mięśniowe, inne jest także ustawienie kończyn.

Innym powodem jest ból, gdyż zadaniem ortez jest choćby minimalne skorygowanie wykrzywionych stóp, które muszą "nauczyć się" nowego ustawienia.

Rehabilitacja stała się teraz dla mnie wyczynem nie lada. Po wczorajszych zajęciach byłam  tak mokra, jakbym wzięła kąpiel w wannie. Mam jednak świadomość, iż to się zmieni z czasem. Powinnam być tylko dostatecznie cierpliwa.

Ortezy wykonano z plastiku, wzmocniono włóknem węglowym, wyłożono wołową i cielęcą skórą. Zastosowano w nich także inne rozwiązania. Wszystko po to, by jak najbardziej mogły mi pomóc.

Pragnę jeszcze raz podziękować wszystkim tym, którzy przyczynili się do tego, że mogę uczyć się chodzić w nowych ortezach. DZIĘKUJĘ!!!

Odbiór ortez był tylko jednym z powodów mojej wizyty w Warszawie. Drugim było spotkanie
z Magdaleną i Jakubem Kordel. Kto czyta książki, ten wie, iż Madzia to znana autorka książkowych bestsellerów. Madzia prowadzi bloga o uroczym tytule "Za górami, za lasami".

Spotkanie przebiegło w serdecznej i radosnej atmosferze. Madzia podarowała mi i mojej Mamie dwa śliczne aniołki na szczęście. (Postaram się później umieścić na blogu ich zdjęcie). Chyba mają one jakąś zwykłą - niezwykłą moc, bo byłam w tamtych chwilach po prostu szczęśliwa, że mogę spędzić trochę czasu w uroczym towarzystwie Magdy i Jakuba.

Równie szczęśliwa byłam wtedy, gdy o północy wróciłam do domu i mogłam ogrzać się herbatą, zjeść kanapkę i zasnąć w łóżku, przykryta ciepłym, miękkim kocem. Takich drobiazgów nie docenia się na co dzień, a przecież tak wiele znaczą.

Madziu, Jakubie, dziękuję Wam za urocze i miłe spotkanie. Za to, że w swym zabieganym życiu znaleźliście czas dla mnie oraz mojej Mamy. Dziękuję Wam za to, że jesteście! I czekam... Wiecie na co, prawda? :-))))

*

Pewnie zdążyliście już zauważyć moją dość długą nieobecność w blogosferze. Niestety, ostatnimi czasy, jestem zajęta i mam wiele spraw do załatwienia. Proszę więc, byście okazali mi cierpliwość i na mnie czekali, bo ja jestem, tylko doba znów nagle zrobiła się dla mnie zbyt krótka...

środa, 1 maja 2013

Bo wszystko zaczęło się od książki...

Sobota 27. kwietnia była dla mnie dniem szczególnym. Oczekiwałam wówczas spotkania z kimś wyjątkowym.

Oczekiwałam i doczekałam się. W skromne progi mojego mieszkania zawitała Pani Monika Anna Oleksa wraz z mężem i ośmioletnim synkiem Miłoszkiem.

Ta wizyta na długo zostanie w mojej pamięci. Po prostu musiałyśmy się spotkać, choć zaledwie parę miesięcy temu Pani Monika nie wiedziała jeszcze o moim istnieniu, a ja "znałam" ją jedynie z "Miłości w kasztanie zaklętej" oraz "Ciemnej strony miłości", czyli książek, które napisała.

"Miłość w kasztanie zaklętą" przeczytałam w sierpniu 2011 roku, umilała mi czas, kiedy leżałam po operacji metodą Ulzibata. "Ciemną stronę miłości" natomiast przeczytałam w grudniu ubiegłego roku. Dostałam tę książkę od koleżanki z okazji świąt Bożego Narodzenia. Jedną z rzeczy, jaka utkwiła mi po lekturze, był fakt, że zostały w niej opisane miejsca, które znam: Nałęczów, Lublin, Kazimierz Dolny... Jeszcze nie wiedziałam, że jesteśmy tak blisko siebie...

Tak naprawdę poznałyśmy się dzięki Diunam, która umieściła na blogu moją prośbę o pomoc.

Mimo że bardzo denerwowałam się nadchodzącym spotkaniem, kiedy już nadeszło, moja nieśmiałość gdzieś zniknęła. Buzia mi się wręcz nie zamykała. Między mną, moją Mamą, a Panią Moniką i jej rodziną nie było dystansu. To tacy cudowni, ciepli ludzie. Nie było między nami krępującej ciszy, gdy nie wiadomo, co rzec, by ją przerwać. Mieliśmy zaskakująco dużo tematów do rozmowy i to było wspaniałe.

Wierzę, iż to spotkanie było nam przeznaczone i stało się początkiem pięknej przyjaźni między nami. Trwaj chwilo, jesteś piękna! - chcę powiedzieć.

TUTAJ można przeczytać, jak spotkanie ze mną i moją Mamą przeżywała Pani Monika.

A teraz minifotorelacja ze spotkania. Autorem zdjęć jest Pan Marcin Oleksa.


To ja i Pani Monika


To my: Pani Monika, ja oraz moja Mama. W tle zawadiacko zerka Miłoszek.



A tu moja urocza Kicia. :-))))))))))))

*

Chciałabym Wam jeszcze powiedzieć, że 23. kwietnia we wtorek byłam na przymiarce ortez, ich odbiór powinien nastąpić już wkrótce. Przesyłajcie ciepłe myśli w moją stronę, by wszystko się udało.

wtorek, 2 kwietnia 2013

Witam Was...

... po świętach Wielkiej Nocy. Jak zwykle minęły jak z bicza strzelił.

W świąteczne dni było u mnie gwarno i wesoło, czyli tak, jak być powinno, mimo zimowej aury panującej za oknem. Na ten czas zmartwychwstania postanowiłam odciąć się choć częściowo od Internetu, telewizji oraz radia (choć audycji radiowych bardzo lubię słuchać, szczególnie tych w I programie), z których co i rusz dobiegały mnie, i wciąż dobiegają, niepokojące wieści.

Te wyjątkowe chwile, zdarzające się jedynie raz do roku postanowiłam spędzić w towarzystwie tych, których kocham, i którzy są szczególnie bliscy mojemu sercu.

Dziś już wróciłam do codziennych zajęć, między innymi do intensywnej rehabilitacji. Mimo tej znajomej codzienności dzisiejszy dzień taki zwyczajny jednak nie był, ale o tym sza. ;-) (Chociaż niektórzy wiedzą, o co chodzi).

Sporo osób pyta mnie w mailach o to, jak ma się sprawa z ortezami. Planowałam, że za jakiś czas zamieszczę na blogu zdjęcie nowych ortez i jeszcze raz Wam za nie podziękuję. Chcąc jednak Was uspokoić, tudzież zaspokoić Waszą ciekawość, spieszę donieść, że w dniu dzisiejszym telefonowałam do firmy Vigo Ortho Polska z pytaniem, kiedy będzie ich pierwsza przymiarka. Pani poinformowała mnie, że jeszcze nie otrzymała informacji od techników, jednak gdy tylko taką informację uzyska, od razu do mnie zadzwoni.

Ja trzymam rękę na pulsie i sama będę telefonować do Vigo Ortho, bo rzecz w tym, że należy dotrzymać określonych terminów, wiecie, biurokracja. Mam nadzieję, że wszystko będzie nadal toczyć się po mojej myśli.

Zdecydowałam się na ortezy wykonane z plastiku, gdyż środki na moim subkoncie fundacyjnym pozwoliły mi na pokrycie kosztów produkcji tej właśnie wersji.

Jeszcze raz dziękuję Wam za wszelką pomoc i za to, że przy mnie jesteście.

Jak Wam się podoba nowa oprawa graficzna bloga? Muszę przyznać, że mnie bardzo: tu kieruję ukłony w stronę mojej Przyjaciółki Karoliny, gdyż to ona pomogła mi zrealizować zamysł o nowej szacie graficznej.

Na część Waszych listów elektronicznych odpowiem jutro, ponieważ dziś jestem już mocno zmęczona.

Pozdrawiam Was kwietniowo, choć zimowo.

piątek, 15 marca 2013

Pada śnieg, wicher dmie...

Wielkanoc niemalże za pasem, jednak jak tak dalej pójdzie, to we wschodnim regionie Polski na Święta Wielkanocne będziemy śpiewać "Jingle Bells". U mnie sypie bez przerwy już drugi dzień, śniegu jest po kolana. Dzieci idące do szkoły przewracają się z powodu nadmiernej ilości białego puchu, a mojemu Maksiowi zapadają się w nim łapki, wobec czego od razu po koniecznym spacerze robi w tył zwrot i szybko umyka do mieszkania. A było już tak ładnie. W powietrzu czuło się wiosnę i nawet ptaszyny jakoś tak radośniej świergotały.

W taką pogodę jaką mamy obecnie nie wychodzę z domu nawet na krok, bo w takich warunkach jest to po prostu niemożliwe, lecz ten stan rzeczy (na razie) mi nie doskwiera, bo zawsze znajduję sobie jakieś zajęcie. Mój rehabilitant odwiedza mnie 3 - 4 razy w tygodniu, więc na brak kontaktu z drugim człowiekiem też nie mogę narzekać. Poza tym, jesteście też i Wy, choć "tylko" wirtualnie.

Was też tak zasypało, czy tylko mnie? ;-)

Co sądzicie o nowym papieżu Franciszku I? Mnie wygląda na bardzo skromnego i serdecznego człowieka. Wydaje mi się, że jest otwarty na ludzi oraz dialog z nimi. Myślę, że dzięki temu istnieje szansa, że niektórzy ludzie bardziej przychylnym okiem spojrzą w stronę Kościoła. Przynajmniej taką mam nadzieję. Bardzo podobało mi się to, że nowy papież ciągle się uśmiechał, zaś wtedy, gdy poprosił o modlitwę we własnej intencji ze wzruszenia ścisnęło mi się serce.

Na koniec, bardzo bym chciała prosić Panią Dorotę z Pabianic, która dokonała wpłaty na moje subkonto fundacyjne o kontakt drogą mailową. Mój adres znajduje się w zakładce, w górnej części strony blogowej. Chciałabym dostać od Pani adres domowy, jeżeli to oczywiście możliwe. Mam nadzieję, że przeczyta Pani mojego posta.

Wszystkim moim Przyjaciołom, towarzyszącym mi wirtualnie każdego dnia przesyłam ciepłe uściski i serdeczne pozdrowienia.

sobota, 23 lutego 2013

Absurdy polskiej rzeczywistości

Byłam z Mamą we wtorek w Warszawie na zdjęciu miary do ortez. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że ich cena, po ostatecznej wycenie, podskoczyła do niebotycznych sum. Cena ortez z plastiku wynosi w chwili obecnej 4.080 zł, cena ortez wykonanych z włókna węglowego (polipropylenu) to 6.540 zł. Te kwoty są dla mnie astronomiczne, dlatego jeżeli ktoś z Was chciałby jeszcze wesprzeć moją walkę o zdrowie, a nie wie, czy moja prośba o pomoc nadal jest aktualna, to chcę powiedzieć, że tak właśnie jest.

PFRON refunduje do 150% sumy NFZ, czyli do 1.500 zł, ale byłam tam w piątek z Mamą i okazało się, że oczywiście instytucja ta nie ma teraz środków. Najwcześniej będzie mieć jakiekolwiek środki pod koniec marca.

(Jeżeli ktoś z Was chciałby się upewnić co do tego, że informacje, które podaję, są prawdziwe, oto numer telefonu do firmy VIGO ORTHO POLSKA: (22) 502 - 21 -25). Podczas rozmowy należy podać nazwę ortez, które ja będę miała - ORTEZY GRAFO Z TRZEWIKIEM, i zapytać o cenę ortez wykonanych z plastiku i włókna węglowego, ponieważ one znacznie różnią się ceną, oraz, na wszelki wypadek zaznaczyć, że mają to być ortezy dla osoby dorosłej).

POD TYM LINKIEM dostępne są informacje o tym, w jaki sposób można mi pomóc.

Dlaczego tak jest, że kiedy wszystko zaczyna się dobrze układać, chwilę później znowu jest coś nie tak?

Dziękuję Wam za wszystkie dotychczasowe wpłaty. Mają one dla mnie kolor zielony. Kolor Nadziei...

O wizycie w Warszawie piszę dopiero dziś, bo musiałam się z tym wszystkim najpierw uporać. Całą drogę z Warszawy do Chełma przepłakałam, ale już wzięłam się w garść, bo wiem, że płacz nic w tym przypadku nie da.

Cała podróż do stolicy była ciężka zarówno dla mnie, jak i mojej, starszej już Mamy. Z Chełma wyjechałyśmy około godziny 5.40, wróciłyśmy zaś mniej więcej o 23.00.

Ulica Oczki 4, na którą musiałam się dostać we wtorek, znajduje się zaledwie jeden przystanek od Pałacu Kultury, a zanim się na niej znalazłam, minęły prawie dwie godziny. Wszystko dlatego, że prowadzą do niej podziemia, znajdujące się pod Dworcem Centralnym. Na Dworcu Centralnym nie ma wind, podnośników, ani żadnych innych maszyn, które byłyby przystosowane do przewozu osób niepełnosprawnych.

Najpierw próbowałyśmy dostać się z Mamą na ulicę Oczki 4 taksówką, jednak taksówkarz powiedział, że nas nie weźmie, bo mu się to zwyczajnie nie opłaca. (Pozdrowienia dla "przemiłego" pana taksówkarza...). Wróciłyśmy więc zdenerwowane do podziemi, pytając po raz kolejny, czy są windy (wcześniej ja pytałam o to osobiście miłego pana w odblaskowej zielonej kamizelce, który sam nawet zaoferował się, że zwiezie mnie platformą na dół, abym mogła wydostać się z podziemi, wynikało więc z tego, że jakieś platformy jednak są, tylko, że była już zamówiona taksówka), i po raz kolejny to potwierdzono. Dwaj inni panowie prowadzili nas podziemiami, nosili mnie po schodach, po czym powiedzieli, że w pewnym określonym znajdują się windy, i nas zostawili.

Poszłyśmy się upewnić, czy te windy są, do ochroniarza, stojącego w pobliżu. Okazało się, że windy, owszem są, ale tylko i wyłącznie dla pracowników hotelu Mariott, a z podziemi można wydostać się jedynie schodami ruchomymi albo zwykłymi. Mama wtedy powiedziała na to w zdziwieniu: "No jak to schodami?", a wtedy "przesympatyczny" ochroniarz nakrzyczał za to, że mamy do niego pretensje. A my nie miałyśmy do niego żadnych pretensji, tylko byłyśmy zwyczajnie zszokowane.

W ostateczności o pomoc musiałyśmy prosić właśnie nie kogo innego, a tego niemiłego ochroniarza, bo nikt inny nie chciał nam pomóc. Inny ochroniarz kazał nam pisać do prezydenta Komorowskiego, skoro Dworzec Centralny nie jest dostosowany do potrzeb osób niepełnosprawnych...

Według mnie nie powinien tak mówić, tylko spróbować nam pomóc, ale faktem jest, że np. było tyle przygotowań do Euro 2012, remontowano dworce itp., itd., a w rezultacie okazało się, że na Dworcu Centralnym nie zrobiono nic, by był dostępny dla osób niepełnosprawnych...

Ja sama jedna rzeczywistości nie zmienię. Aby coś zmienić, trzeba by budować od podstaw cały system opieki nad niepełnosprawnymi. Według mnie Polska nie jest cywilizowanym krajem, jeśli chodzi o kwestię podejścia do niepełnosprawnych i chorych. Wprawdzie wiele się już zmieniło, ale równie wiele zostało jeszcze do naprawienia. Niektórzy Polacy mają ponadto do odrobienia WIELKĄ lekcję pokory i tolerancji. Wózek i choroba mogą bowiem spotkać każdego...

Tak samo jak nie zmienię budowy Dworca Centralnego, tak sama jedna nie zmienię także kwestii cen ortez i innych przedmiotów ortopedycznych, co ktoś mi w piątek zasugerował. Aby jakakolwiek zmiana była możliwa, musieliby zbuntować się wszyscy niepełnosprawni i przedmiotów zaopatrzenia ortopedycznego po prostu nie kupować, a najczęściej jest tak, że gdy człowiek szuka możliwości ratowania swego zdrowia i siebie samego, to się nie zastanawia nad buntem, tylko szuka różnych dróg ratunku - tak jak ja. Ja tylko próbuję sobie pomóc...

Podczas wizyty w Warszawie zdarzyły się też miłe momenty, takie jak gorąca czekolada z bitą śmietaną, króciutkie spotkanie z M. i J. oraz zainteresowanie okazywane mi przez życzliwych ludzi, ale negatywne jej strony nie dają mi spać po nocach do dziś.

środa, 13 lutego 2013

Poruszenia i wzruszenia

Patrzę na dzisiejszą datę i nie mogę uwierzyć, że od napisania posta minęły już prawie dwa tygodnie. Doba znowu stała się dla mnie za krótka, a każda upływająca minuta - bardzo cenna. Książki leżą odłożone na bok, bo nie mam czasu ich czytać. Nie mam czasu odpisywać na maile. Czasie zwolnij! - chcę zawołać, ale...

Ale. To, co się dzieje w chwili obecnej w moim życiu nastraja mnie do świata niezwykle pozytywnie. Dzieje się tak między innymi dlatego, że dostaję maile ze słowami otuchy, podziękowań za niesioną nadzieję od osób, po których zupełnie bym się tego nie spodziewała. Wszystko to wzrusza mnie i porusza.

Odwiedzają mnie goście, dzisiaj była u mnie Ula z Piotrusiem Panem, a w dniu wczorajszym odwiedziły mnie inne bliskie mi osoby.

We wtorek, 12 lutego byłam z Mamą w oddziale chełmskiego NFZ-tu i Pani w nim zatrudniona od ręki podbiła mi wniosek na ortezy (tak, jak pisałam NFZ dopłaca do ortez 1.000 zł). Nie miałam z tym żadnych problemów, Pani była bardzo uprzejma, wszystko odbyło się zaledwie w przeciągu kilku minut.

We środę, 13 lutego polało się  z moich oczu wiele łez... radosnych łez. Pan Rafał, poprawił mi i nałożył stare ortezy (wcześniej ich nie nosiłam, bo bardzo bolała mnie po ich założeniu prawa noga). Kolana mam w nich proste, nie koślawią się już, i nagle się okazało, że jestem dość wysoką dziewuszką. W tamtejszą środę ortezy miałam na nogach dopiero po raz drugi, a okazało się, że już mogę w nich samodzielnie uczyć się stać. Kiedy usiadłam, by chwilę odpocząć, spojrzałam na mojego rehabilitanta, a z moich oczu trysnął strumień łez. Płakałam tak długo, bo to było zupełnie inne uczucie stać w ten sposób, niż wcześniej. Poza tym, miałam  wówczas takie wrażenie, że gdybym tylko się odważyła, mogłabym już zacząć chodzić samodzielnie.

Na moje subkonto cały czas wpływają wpłaty. Dziękuję Wam za każdą, bo każda z nich przybliża mnie do wyznaczonego celu, jakim są nowe ortezy, a cel jest już blisko!

Nowe ortezy będą wykonane z włókna węglowego, a dzięki temu dużo, dużo lżejsze. Te, które mam w chwili obecnej są metalowe i bardzo ciężkie (jak żelazne kajdany). W nowych dużo łatwiej będzie mi uczyć się poruszać o własnych siłach.

Bardzo dziękuję Diunam oraz Maciejce, które umieściły apel o pomoc dla mnie na własnych blogach, chociaż ich o to nie prosiłam.

W najbliższym czasie czekają mnie trzy wizyty w Warszawie, wszystkiego się już dowiedziałam. Na pierwszej technicy zdejmą z moich nóg miarę, potrwa to do 90 minut, na drugiej będzie przymiarka ortez i dopasowywanie ich do moich nóg, na trzeciej natomiast ich odbiór. Cała procedura potrwa kilka tygodni.

Dziękuję Wam bardzo za wszystko. Za to, że czuję Wasze wsparcie. Za Wasze wpłaty na moje subkonto fundacyjne. Za to, że mój los nie jest Wam obojętny.

Dziękuję, że ze mną jesteście!!!

A to są zdjęcia Lenki jeszcze z grudnia.



środa, 30 stycznia 2013

Polska to nie jest kraj dla niepełnosprawnych ludzi - parafrazując tytuł znanego filmu

Ja chyba osiwieję... ;(((
Byłam dzisiaj u ortopedy, aby wypisał mi wniosek na ortezy, dlatego ten dzień uważałam za taki ważny. Wniosek wypisał, owszem, ale przedtem nakrzyczał na mnie za to, że lekarz z Warszawy, u którego byłam w październiku, nie napisał na kartce specjalnego kodu, po którym można rozpoznać o jaki konkretnie rodzaj ortez chodzi.

Boże kochany, ja się na tym nie znam (chociaż i tak mam wrażenie, że czasem wiem dużo więcej od zatrudnionych w określonych instytucjach urzędników), a musiałam błąd lekarza naprawiać. Na szczęście udało się, dzięki życzliwości pewnej Pani, która umożliwiła mi skorzystanie z internetu.

Oddając sprawiedliwość warszawskiemu ortopedzie, dzwonił on do mnie po tym, jak wysłałam mu smsa z tytułem "PILNE!", ja jednak nie miałam możliwości, by odebrać telefon od niego.

Dzwoniłam do warszawskiej firmy, która będzie te ortezy wykonywać. Kiedy zapytałam o ich koszt, jej przedstawicielka powiedziała mi, że wynosi on w sumie 3.180 złotych. 2.380 złotych to cena podstawy, a 800 złotych to cena butów. NFZ refunduje 1.000 złotych kosztów ortez. Mogę się też starać o częściowe dofinansowanie z PFRON-u, ale ta instytucja i tak nie pokrywa całości kosztów. Część środków, które od niej mogłabym otrzymać, to 150% sumy, którą dopłaca NFZ, a i tak ostateczna kwota z PFRON-u, zależna jest od wysokości dochodu, więc tak naprawdę nie wiem, ile, i czy dostanę jakiekolwiek środki.

Załamałam się, nie spodziewałam się, że koszt tych ortez będzie tak wysoki. Jak usłyszałam tę cenę, włosy na głowie stanęły mi dęba.

O tym, jak można mi pomóc, można dowiedzieć się POD TYM LINKIEM..


To teraz idę się wypłakać.

wtorek, 29 stycznia 2013

Przebłysk przyszłości?

Dziś odwiedziła mnie ciocia H. Jest to starsza dystyngowana kobieta. Sprowadził ją do mnie smutek, jednak kiedy już wychodziła, poprosiła mnie żebym wstała. Z tego względu, że nie miałam nałożonych butów, to wstałam tylko na chwilę, podpierając się balkonikiem.

Ciocia powiedziała mi, że jesienią ubiegłego roku, kiedy szła ulicą, wydawało jej się, że stoję na przystanku o własnych siłach. Nie chodziło wcale o to, że zostałam pomylona z kimś innym, podobnym do mnie. Ciocia widziała właśnie mnie, jak sobie stoję, czekając na autobus.
Nie wiem, co to było. "Fatamorgana"? A może rzeczywiście wizja tego, co kiedyś się wydarzy?
Bo ja dziś pięknie sobie stałam na własnych nogach. Już nie lecę bezwładnie na łóżko, tylko wytrzymuję na nogach 30 sekund, a czasami prawie minutę. Nastąpił swoisty przełom, na który czekałam bardzo, bardzo długo...

Pan Rafał powiedział, że z mojego sukcesu cieszy się bardziej niż ja sama.

Jestem dziś bardzo szczęśliwą osóbką, bo wiem, że cały mój trud i wysiłek nie idą na marne, tylko prowadzą mnie ku lepszemu.

*

Wysyłajcie jutro ciepłe myśli w moją stronę, bo jutro jest jeden z ważnych dni.

Dziękuję Wam za to, że ze mną jesteście.