sobota, 22 grudnia 2012

Wesołych Świąt!!!




Wszystkim Czytelnikom mojego bloga chciałabym życzyć zdrowych, radosnych, spokojnych, spędzonych w atmosferze miłości i nadziei na lepsze jutro Świąt Bożego Narodzenia. Niech ten świąteczny czas stanie się dla Was spełnieniem marzeń.

Sobie zaś życzę, by nigdy nie opuściły mnie wiara w to, że nawet z pozoru niemożliwe marzenia mogą się ziścić, nadzieja na to, że może być lepiej oraz siły do walki o siebie samą. Chciałabym też, by w moim życiu pojawiali się życzliwi ludzie, dzięki którym będzie ono pełniejsze i bardziej wartościowe.

*

U mnie w domu już przedwczoraj pachniało piernikiem. Dzisiaj zaś przywędrowała do mnie namiastka lasu w postaci żywego, zielonego świerczka. Jutro będę go przystrajać wspólnie z Mamą.

wtorek, 18 grudnia 2012

Rachel Hore - "Pod nocnym niebem"



Powieść "Pod nocnym niebem", autorstwa Rachel Hore, przedstawia historię Jude, pracownicy domu aukcyjnego Beecham's, która przypadkowo dostaje intratne zlecenie wyceny przedmiotów, należących do Anthony'ego Wickhama, astronoma żyjącego w XVIII stuleciu.

W celu obejrzenia kolekcji kobieta przyjeżdża do Starborough Hall w Hrabstwie Norfolk, gdzie poznaje historię wspomnianego już Anthony'ego Wickhama oraz jego adoptowanej córki o imieniu Esther. Oboje, zarówno ojciec, jak i córka, dziewczyna zaledwie piętnastoletnia, znacząco wyprzedzali epokę, w jakiej przyszło im żyć. Zaznajamiając się z zapiskami Esther, Jude zaczyna odnosić wrażenie, że coś równie nieuchwytnego jak sen, łączy je obie.

"Pod nocnym niebem" ma w sobie wszystkie te elementy, które według mnie powinny składać się na dobrą powieść, gdyż jest w niej i historia, skomplikowane koligacje oraz stosunki rodzinne, "doprawione" szczyptą romansu, a wreszcie motyw snów przekazywanych z pokolenia na pokolenie, snów z przeszłości, mających jakiś związek z tym wszystkim, co staje się udziałem głównej bohaterki w teraźniejszości.

Mimo dobrze skonstruowanej fabuły oraz nieuchwytnej tajemnicy, która w pewien sposób nakazuje czytelnikowi, by odwracał kolejne stronice powieści, jej czytanie zwyczajnie mnie nużyło, o czym niech świadczy chociażby fakt, że nim skończyłam przygodę z tą lekturą, minęło ponad pół roku. Nie wiem z czego to wynikało. Czy z tego, że akcja powieści toczyła się zbyt wolno, a jej treść można by było nieco bardziej uściślić? Czy może wpływ na to miał specyficzny, osiemnastowieczny język, którym napisano spory jej fragment?

Zazwyczaj nie wracam do książek, których czytanie mnie męczy, odkładam je na półkę i już do nich nie wracam. Z tą pozycją było jednak zupełnie inaczej, ponieważ po przeczytaniu jakiegoś jej fragmentu, porzucałam ją na rzecz jakiejś innej lektury, która wzbudziła moje zainteresowanie, po czym po jakimś czasie, krótszym bądź dłuższym, ponownie zaczynałam czytać ją w miejscu, na którym uprzednio tę czynność przerwałam. To chęć rozwikłania tajemnicy Jude i Esther motywowała mnie do tego, by czytać dalej.

Książka Rachel Hore ma w sobie naprawdę duży potencjał, jednak mam wrażenie, iż autorka do końca go nie wykorzystała. Myślę, że gdyby akcja toczyła się nieco dynamiczniej, powieść sporo by na tym zyskała, stając się znacznie ciekawszą i prostszą w odbiorze.

wtorek, 11 grudnia 2012

Przekroczyłam progi "Wiśniowego Dworku"...



Na jednym biegunie, tuż przy litewskiej granicy Wiśniowy Dworek, magiczne miejsce zamieszkiwane przez uroczą Danusię Wrzesień, kobietę o dobrym i szlachetnym sercu. Na drugim pełna hałasu i smrodu spalin Warszawa, gdzie Danka Lucińska, przebojowa bizneswoman czuje się jak ryba w wodzie.

Danusia i Danka, zamieszkując dwa odległe zakątki Polski nie wiedzą, że przewrotny los szykuje dla nich niespodziankę, która spowoduje, że ich uporządkowane dotąd życie obróci się o sto osiemdziesiąt stopni. Obie są na swój sposób szczęśliwe i nie są w stanie wyobrazić sobie innego scenariusza na własną egzystencję, aż do momentu, w którym ich kręte ścieżki skrzyżują się z losami tajemniczego mężczyzny.Kim jest ten człowiek "o stu twarzach", co nim kieruje? Jaką zaskakującą tajemnicę kryje w zanadrzu?

"Wiśniowy Dworek" to powieść, podobnie jak "Lato w Jagódce", osadzona w konwencji baśniowej. Jej akcja toczy się w pięknych miejscach, zarówno w Polsce, jak i poza jej granicami.

Najnowsze dzieło Katarzyny Michalak ma czytelnikom do zaoferowania wszystko to, dzięki czemu jej książki stały się tak popularne: gonitwę za marzeniami, piękne kobiety, którym towarzyszą równie piękni mężczyźni oraz zaskakujące zwroty akcji, "okraszone" dobrym wątkiem sensacyjnym. Otwarte zakończenie sugeruje dalszą część powieści i kolejne spotkanie z bohaterami, których bardzo polubiłam.

Niezwykle lekkie pióro, jakim posługuje się Autorka powoduje, że książki się nie czyta, a wręcz pochłania. Jest to idealna lektura dla wielbicieli jej twórczości. Była ona taka również i dla mnie, choć ja spodziewałam się czegoś zupełnie innego, wciąż mając w pamięci fragment o klątwie sprzed lat, wodnisze i niepełnosprawnym chłopaku, zamieszczony na blogu Pani Kasi, który miał stanowić kanwę tej właśnie powieści. Mimo tego, że książka była zupełnie inna od tej przeze mnie oczekiwanej, nie zawiodłam się, gdyż bardzo mi się ona podobała.

Mam jednak cichuteńką nadzieję, że i o tej wspomnianej wyżej klątwie dane mi będzie przeczytać w którejś z  kolejnych powieści, jakie wyjdą spod pióra Pani Kasi.

piątek, 7 grudnia 2012

Nie mam czasu...

Nie mam czasu na spędzanie długich godzin przed komputerem w celach rozrywkowych.

Nie mam czasu na czytanie Waszych notek i zostawianie komentarzy pod nimi.

Nie mam czasu na długie rozmowy z przyjaciółmi przez gg.

Nie mam czasu odpisywać na maile, za co bardzo przepraszam.

Nie mam czasu odpoczywać, bywa tak, że zasypiam w nocy z buzią na klawiaturze.

Nie mam czasu na czytanie "Wiśniowego Dworku", który dostałam od Świętego Mikołaja.

Nie mam czasu na robienie tysiąca innych, ulubionych przeze mnie rzeczy.

Jedyne, na co czas musi znaleźć się ZAWSZE I WSZĘDZIE to codzienna rehabilitacja, czy to z pomocą Mamy, czy Pana Rafała. Wykradam więc cenne minuty, które przybliżają mnie do samodzielności. Moje chore nóżki są coraz silniejsze, luźniejsze i sprawniejsze, co pozwala mi pokonywać o kulach coraz dłuższe dystanse bez odpoczynku. :-))))))))))))))))

Nie mam czasu na pisanie bloga i stworzenie postu podsumowującego pierwszą rocznicę jego powstania. Mogę Wam jednak podziękować za to, że ze mną jesteście. Dziękuję Wam więc.
Mam nadzieję, że wybaczycie mi ten chwilowy niedoczas.

Czekajcie na mnie, ja wrócę!!!!!!!! ;-))))))))))))))))))))))

P.S. To bardzo fajne uczucie "nie mieć czasu", wiecie?

piątek, 30 listopada 2012

Dziękuję za 1% podatku

Fundacja Słoneczko, której jestem podopieczną zakończyła już księgowanie wpłat z tytułu 1% podatku.
Nie znam danych osobowych darczyńców, którzy wsparli mnie swoim 1%. Mogę podać tylko miasta, z których on wpłynął:

urząd skarbowy w Chełmie,
urząd skarbowy w Sosnowcu,
urząd skarbowy Warszawa - Bielany,
urząd skarbowy Warszawa - Mokotów,
urząd skarbowy w Łęcznej,
pierwszy urząd skarbowy w Toruniu,
urząd skarbowy w Sandomierzu,
urząd skarbowy w Krotoszynie,
urząd skarbowy w Skarżysku - Kamiennej.

1% na moje leczenie przekazało około sześćdziesięciu osób. Jestem bardzo wdzięczna wszystkim tym, którym mój los nie jest obojętny.

DZIĘKUJĘ.

Pieniądze z 1% podatku spożytkuję na moją dalszą rehabilitację oraz na dopłatę do specjalnych ortez. Ja będę miała ortezy typu GRAFO. Można je zobaczyć TUTAJ.

To że nie piszę o tym, że się leczę, nie znaczy, że tego zaniechałam. Mój rehabilitant, Pan Rafał, cały czas się mną opiekuje. Poza tym, ja ciągle szukam możliwości, by sobie pomóc. Pretekstem do spotkania, o którym pisałam TUTAJ, stała się wizyta u lekarza.

O tym co się u mnie dzieje, czasami nie piszę celowo. Po prostu niektóre sprawy są dla mnie zbyt bolesne, by je poruszać na forum.

Chciałabym Was prosić, byście nie zapominali o mnie w roku 2013 przy rozliczaniu się z fiskusem. 1% podatku stanowi jedyną formę pomocy w moim leczeniu i rehabilitacji z tego względu, że w systemie opieki nad niepełnosprawnymi w Polsce istnieje luka, która uderza w takie osoby jak ja - niepełnosprawnych dorosłych. Będę więc Wam niezmiernie wdzięczna, jeśli nie zapomnicie o mnie w przyszłym roku.

Warto mi pomagać, bo rehabilitacja, połączona z moim pozytywnym nastawieniem, działa cuda.

Specjalne podziękowania kieruję na ręce Pana Rafała, mojego rehabilitanta, któremu jestem wdzięczna za każdy najdrobniejszy gest życzliwości, skierowany w moją stronę. Nie mogę wprost uwierzyć, że istnieją jeszcze tacy ludzie jak on. A dlaczego? Niech to pozostanie tajemnicą.

Podziękowania należą się też mojej przyjaciółce Karolinie, za to, że pomogła mi zaprojektować ulotki oraz mojej Mamie, że ma jeszcze siłę, by walczyć razem ze mną...

DZIĘKUJĘ. Jeszcze raz. Wam wszystkim.

sobota, 24 listopada 2012

Postrzeganie życia z perspektywy woźnej, czyli przeczytałam świetną książkę



Książka Ewy Ostrowskiej, pod tytułem "Ja, pani woźna", jest dowodem na to, by, jak mówi angielskie przysłowie, nie sądzić książki po okładce. Szarobura okładka sugeruje równie szaroburą, niczego nieobiecującą treść. A jednak, jak to często bywa, pozory mylą.

Katarzyna Malicka ma ponad trzydzieści lat i jedenastoletniego syna Szymka. Jest dziennikarką, pracującą w piśmie kulturalnym "Piękne Życie". Nieźle zarabia, jednak z niecierpliwością oczekuje awansu na wyższe stanowisko. W jej mniemaniu awans ten wpłynie na poprawę jej relacji z synkiem, który codziennie w złości krzyczy do niej: "chcę do taty" i "nienawidzę cię mamle".

Kasię trzy lata wcześniej opuścił uwielbiany przez nią mąż, na pocieszenie zostawiając jej czteropokojowe mieszkanie w apartamentowcu, starego rzęcha, i oczywiście synka.

Kiedy wizja wyższego stanowiska, a wspólnie z nim wyższej pensji odpływa w siną dal wraz z odrzuceniem awansów szefa erotomana, była dziennikarka staje przed perspektywą szukania nowej pracy. Niestety, to co stało się w gabinecie jej ex szefa, ciągnie się za nią niczym wilczy bilet, i wkrótce Kasia zaczyna rozumieć co to znaczy nie jeść prawie nic całymi tygodniami, byle tylko Szymon nie chodził głodny.

Zdesperowana kobieta prosi o pomoc swoją serdeczną przyjaciółkę Elżbietę, która jest jednocześnie dyrektorką jednej z łódzkich szkół. Elżbieta załatwia Katarzynie etat woźnej u jednej ze swych koleżanek po fachu.

Piastując funkcję woźnej, polegającą na szorowaniu toalet, myciu korytarzy, opróżnianiu koszy na śmieci, Kasia poznaje "inny świat". Świat, w którym wyznacznikiem człowieczeństwa jest grubo wypchany portfel, a nie zwykła ludzka godność.

Obcowanie z powieścią Ewy Ostrowskiej było dla mnie niesamowitym doświadczeniem. Pozycję tę czyta się niezwykle lekko, czemu sprzyja to, iż napisana jest z humorem. Mimo tego, książka ta porusza wiele istotnych tematów: od dyskryminacji pracowników przez przełożonych, aż po traumę, jaką stanowi dla dziecka rozstanie rodziców oraz brak miłości w domu.

"Ja, pani woźna" udowadnia, jak silna i serdeczna może być przyjaźń między kobietami, i to zarówno tymi wykształconymi, jak i tymi, które mądrości nauczyło samo życie.

Powieść ta niesie nadzieję, że choć czasami jest nam naprawdę ciężko, to pewne bolesne zdarzenia muszą nastąpić po to, by w naszym życiu w jakiś czas później wydarzyło się coś wspaniałego.
Powieść Ewy Ostrowskiej zaskakuje nieprzewidywalnym zakończeniem. Mimo sporej objętości czyta się ją szybko i z ogromną przyjemnością. To lektura obowiązkowa dla miłośniczek dobrych powieści obyczajowych.

Książkę wypożyczyłam z biblioteki, a tak naprawdę przemiła pani bibliotekarka włożyła mi ją do rąk. Ponadto, sama o to nieproszona, wyszukiwała mi na półkach lektury, które mogłyby mnie zainteresować. Uwielbiam takich serdecznych ludzi.

czwartek, 22 listopada 2012

To był miły dzień :)

Oby takie zdarzały się dużo, dużo częściej...

Byłam dziś wspólnie z moją Mamą na obiedzie u moich przyjaciół: Uli, Rafała oraz ich synka Piotrusia. Skonsumowałam bardzo dobrą zupę wieloowocową oraz równie dobre spaghetti.
Porozmawiałam z Ulą. Nacieszyłam wzrok widokiem radosnego Piotrusia. Przytuliłam Rafała, który powiedział mi, że, cytuję: "muszę podejmować męskie decyzje". ;P ;D

Wśród kolorowych zabawek, które posiada mały Piotruś Pan, na nowo poczułam się jak dziecko.
Błagam, tylko się nie śmiejcie... Nauczyłam się kroić cebulę i ścierać żółty ser na tarce. Te proste czynności są dla mnie dużo trudniejsze, niż dla większości z Was. Każdą z nich wykonywałam pięć razy dłużej i być może zrobiłam dwa razy mniej. Jednak wszystko zrobiłam sama. Cieszę się z tego jak dziecko, bo dzięki temu czuję się bardziej samodzielna. Będę mogła teraz wyręczać w tym Mamę.
Jeśli szczęście jest tak ulotne, jak mgnienie oka, to byłam, jestem dzisiaj szczęśliwa...

Niestety nie dysponuję żadnymi zdjęciami z wizyty.

*

Kilka dni temu wzięłam też udział w konkursie na napisanie opowiadania związanego z Bożym Narodzeniem. O samym konkursie można przeczytać W TYM MIEJSCU. Opowiadania już nadesłane można przeczytać TUTAJ. Ciekawe, czy domyślicie się, które z nich wyszło spod mojej klawiatury? Są one "anonimowe", po to, by było sprawiedliwie.

Jeśli ktoś ma czas oraz chęci, zachęcam do udziału w zabawie. To bardzo przyjemne doświadczenie.