środa, 6 czerwca 2012

Co dalej?

Postępowanie karne w sprawie babci Kubusia, o której pisałam TUTAJ, po interwencji mediów zostało umorzone w trybie natychmiastowym.

To dobrze, tylko co dalej? Będzie można, czy nie będzie można publikować apeli i ulotek na blogach? I nie zadowala mnie tutaj odpowied odpowiedź Prezesa Fundacji Dzieciom "Zdążyć z Pomocą", o której pisze Babcia Gosia, że wszelkie zbiórki mogą odbywać się tylko pod patronatem Fundacji. To co, napiszę, że potrzebuję nowych kul, ktoś zechce mi je podarować, prześle je do Fundacji, a moja Fundacja odeśle je mnie?

Przecież to jakiś absurd. Gdzie jest granica między obroną przed naciągaczami, a blokowaniem pomocy? Właśnie dlatego potrzebna jest zmiana wykładni prawa, a nie zasłanianie się Ustawą o Zbiórkach Publicznych sprzed siedemdziesięciu dziewięciu lat. Kiedy się ona zmieni? Mam nadzieję, że szybko, bo będzie zależeć na tym nie tylko mnie, ale i innym, których ta sprawa dotyczy. Bo trzeba coś z tym w końcu zrobić.

Teraz jednak pozostaje jedynie czekać.

wtorek, 5 czerwca 2012

Mam! Mam! Maaaaaaaaaaaaaaaaaaaam!!!

A co takiego mam? Książkę mam. Z imienną dedykacją. Otrzymałam ją od mojej najulubieńszej Autorki, Pani Kasi Michalak. Oto jej najmłodsza "córeczka":



Kochana Pani Kasiu, dziękuję Pani bardzo za pamięć i za dedykację. Oby się spełniła...

A tutaj wspaniała gratka dla twórczości Pani Kasi - moja prywatna, osobista półeczka, na której własne miejsce znalazły jedynie książki przez nią napisane. Niemal wszystkie są z dedykacjami.



Książki autorstwa Pani Kasi są właśnie takie, jak tęcza z nich ułożona, radosne i przywracające wiarę w to, że może być lepiej.

Pani Kasiu, jeszcze raz bardzo Pani dziękuję.

niedziela, 3 czerwca 2012

Gwoli wyjaśnienia

Być może niektórzy z Was zauważą, że z mojego bloga zniknęło kilka postów, a także dwie strony, umiejscowione w oddzielnych zakładkach.

Uważam, że w kwestii takiej, jak moja walka o samodzielność, moje sumienie, a więc siłą rzeczy również moje czyny stoją ponad prawem, to nie ulega dla mnie żadnej wątpliwości. Bardzo się jednak zlękłam tego, co się ostatnio dzieje w Polsce, więc mój blog stał się od dziś uboższy o kilka notek.

Ja sumienie mam czyste, niczego złego nie uczyniłam, a mimo to, od kilku dni czuję się jak obywatel gorszej kategorii jedynie z tego względu, że jestem zmuszona walczyć wszelkimi sposobami o własne dobro, ponieważ nikt inny za mnie tego nie zrobi.

czwartek, 31 maja 2012

Najłatwiej uderzyć w NAJSŁABSZYCH, czyli Polska to chory kraj

Miałam o tym nie pisać, mimo, że sprawa, o której zaraz się dowiecie, dotyczy i mnie, jednak napiszę.

Od kilku dni nóż mi się w kieszeni otwiera, gdy patrzę na to, co się dzieje w Polsce. W czym rzecz? Już tłumaczę.

Otóż przeciwko babci pewnego chłopca chorego na autyzm toczy się postępowanie karne z tego względu, że na swoim blogu podała numer konta własnych dzieci, a na to konto wpłynęły niewielkie datki od jej przyjaciół, które od razu zostały przekazane na leczenie jej chorego wnuczka. Przynajmniej ja tak tę sprawę zrozumiałam.

Podawanie prywatnego numeru konta na własnym blogu z prośbą o datki NIE JEST przestępstwem,  o ile spełni się pewne określone warunki.

Ja swego prywatnego numeru konta nigdy nie podawałam i nie podaję. Rozumiem jednak ludzi, którzy są do tego zmuszeni przez sytuację życiową, bo określona Fundacja, o ile są środki na subkoncie, i tak nie zrefunduje wszystkich wydatków.

Do głowy mi jednak nie przyszło, by składać donos na kogoś z tego powodu, że ów ktoś publikuje na swoim własnym blogu numer swego prywatnego konta. A jakiś bardzo perfidny człowiek złożył donos na babcię Kubusia. Wszystko wskazuje na to, że uczynił to anonimowo, chociaż w myśl prawa anonimowe donosy nie mają racji bytu i od razu powinny być wyrzucane do kosza. Zadał on sobie naprawdę wiele trudu, by w ustawie z 1933 roku odnaleźć odpowiednie przepisy i poprzeć nimi swój donos.

Zbiórki publiczne reguluje ustawa z roku 1933, podpisana przez prezydenta Mościckiego. Do dziś dnia nie została ona znowelizowana. W jej myśl, by przeprowadzić zbiórkę publiczną, trzeba mieć na to zgodę MSW.

Na domiar złego okazało się, że jeśli ja proszę o przekazanie darowizny lub 1% podatku na moje subkonto fundacyjne, TEŻ JESTEM PRZESTĘPCĄ. Bo przeprowadzam zbiórkę publiczną. Są nimi także wszyscy ci, którzy czytając mój blog, poruszeni moją historią, postanowili mnie tę darowiznę bądź ten 1% przekazać.Zgodnie z wyżej wymienioną ustawą przestępstwem jest także przesłanie dziecku kredek, czekolady bądź ubranka.

To już nie absurd, to jest PARANOJA.

Śmieszność całej sytuacji polega na tym, że matka pewnej chorej dziewczynki, której losy również śledzę, także miała umieszczone na swoim blogu prywatne konto bankowe, i o ile się nie mylę, ma je nadal. Bodajże w  ubiegłym roku jakiś internetowy troll również na nią postanowił złożyć donos do Urzędu Skarbowego z zaznaczeniem, że przeprowadza ona bezprawnie zbiórkę publiczną. Kobieta ta ubiegła jednak internetowego trolla i wystosowała pismo do MSW z pytaniem, czy umieszczanie prywatnego numeru konta na własnym blogu z prośbą o datki na leczenie chorego dziecka jest niezgodne z prawem. Otóż okazało się, że takie działania NIE SĄ niezgodne z prawem.

Więc żyjemy w jednym kraju, ale dla każdego z nas prawo jest inne? Jeden popełnia przestępstwo, a drugi nie?

Jeżeli apeluję o przekazanie dla mnie 1% podatku, to jestem przestępcą? Po prostu ręce mi opadły. Przecież ja nie proszę o nowy sweterek, czy nowe okulary, chociaż te ostatnie bardzo by mi się przydały, bo coś bardzo niedobrego dzieje się z moimi oczami. Proszę o przekazanie tego małego wielkiego 1 procenta, ze świadomością, iż nie prowadzę tego bloga w celu osiągnięcia jakichkolwiek korzyści majątkowych. Proszę, bo chcę kiedyś żyć normalnie. Okazuje się jednak, że nawet tego mogą mi zabronić...

To jak mam apelować o pomoc? JAK?

Czy jeżeli jakaś osoba pisze na blogu, że nie ma co jeść, i w związku z tym prosi o pomoc, to jest to zbiórka publiczna, czy nie jest? Albo jeżeli ktoś pyta, czy ktoś inny ma do oddania nieużywany wózek inwalidzki dla chorego dziecka, to przeprowadza zbiórkę publiczną, czy jednak nie?
I dlaczego ten anonimowy osobnik złożył ten donos? Co nim kierowało? Poczucie zawiści, zazdrości, a może chęci zemsty?

A może do mnie też zapukają funkcjonariusze policji?

*

Poruszę jeszcze jedną kwestię, związaną z 1% podatku. Okazuje się bowiem, że za jakiś czas subkonta podopiecznych wszystkich fundacji mogą zostać zlikwidowane. Stałoby się tak z tego względu, że według Magdaleny Arczewskiej, ekspertki z Instytutu Spraw Publicznych przekazywanie 1% podatku na konkretnych podopiecznych określonych fundacji, jest sprzeczne z prawem, ponieważ idea przekazywania jednego procenta miała wspierać Organizacje Pożytku Publicznego, a nie konkretne osoby. Według niej oddawanie 1% na konkretne osoby stwarza "ułudę filantropii".

A ja się zastanawiam, czy ta pani ma dzieci i czy wszystkie są zdrowe? A jeśli nie posiada dzieci, to ma w rodzinie jakąś chorą osobę? A może kiedyś sama była tak chora, że się zastanawiała, czy wykupić sobie w aptece drogi lek, czy może lepiej coś do jedzenia?

Wydaje mi się, że raczej nie była, bo gdyby była, nie proponowałaby tak absurdalnych rozwiązań. 
Czy pani Arczewska zdaje sobie sprawę, że wpływy z 1% podatku bardzo często są jedynym źródłem, z którego osoby niepełnosprawne i chore mogą sobie zapewnić choć namiastkę leczenia?

Ja mam do pani Arczewskiej pytanie bezpośrednie: jeżeli proponuje pani likwidację subkont, ponieważ są one według pani niezgodne z ideą przekazywania 1% podatku, to co zaproponuje pani w zamian wszystkim chorym i niepełnosprawnym ludziom, w tym również mnie? Co szanowna pani ma do zaproponowania? Myślę, że WIELKIE NIC.

Poza tym wielu ludzi przekazuje swój 1% właśnie na konkretne osoby, ponieważ chce wiedzieć, co się z nim potem dzieje. Tak i ja robię, przekazując jakiś datek.
Chętnie zaprosiłabym panią Arczewską do własnego domu, żeby zobaczyła, jak żyję, a potem na tydzień zaproponowała przymusowe poruszanie się na wózku, bez możliwości samodzielnego wstania z niego.

Gwarantuję, że po takiej przygodzie jej pogląd na świat definitywnie by się zmienił. Bo leżącego się nie kopie.

Gdyby w Polsce poziom świadczeń dla osób niepełnosprawnych i chorych był na odpowiednim poziomie, gwarantującym godne życie, nie byłoby ŻADNEGO apelu o pomoc.

Czy pani zdaje sobie sprawę z tego, jak trudno jest teraz pozyskać darczyńcę? Czy pani wie, że to ja sama i moja prawie siedemdziesięcioletnia Mama same musimy roznosić te apele? Czy pani wie, jak to jest czuć się żebrakiem? Czy pani wie, jak to jest, kiedy się słyszy, iż "nie pani jedna oczekuje na pomoc?" Czy pani wie, jak to jest, kiedy rozsyła się apele po firmach ze swojego miasta, a na kilkadziesiąt rozesłanych pism na subkonto wpływa tylko JEDNA wpłata? Czy pani wie jak to jest, gdy się czyta, że "dorosłych nie jest mi żal"? Nie, nie wie pani, i oby nigdy się pani nie dowiedziała...

*
Wybaczcie, że ta notka jest tak długa, ale ostatnie wydarzenia straszliwie mnie zbulwersowały. Wyrażam też nadzieję, że wszyscy ci, którzy dotąd pomagali potrzebującym, przekazując na określone osoby swój jeden procent podatku bądź też w inny sposób, będą czynić to nadal, mimo tych trudności. Chcę wierzyć, że są one przejściowe, a prawo zostanie znowelizowane z korzyścią dla nas, czyli wszystkich tych, którzy potrzebują pomocy.

wtorek, 29 maja 2012

"Kroniki Archeo." "Skarb Atlantów"




"Skarb Atlantów" to już moje drugie spotkanie z piątką sympatycznych przyjaciół: Anią i Bartkiem Ostrowskimi oraz Mary Jane, Jimem i Martinem Gardnerami. Dzieci, chcąc odpocząć po emocjonujących przygodach, mających miejsce w Egipcie, o których pisałam TUTAJ, wraz z rodzicami i panną Ofelią Łyczko udają się na wypoczynek do Grecji. Na miejsce pobytu wybierają sobie przepiękną wioskę Panormo.

Przypadek sprawia, że Bartek wśród ziarenek piasku odnajduje gemmę (to szlachetny lub półszlachetny kamień z wklęsłym lub wypukłym reliefem), na której widnieje wizerunek byka ze złotymi rogami oraz starożytnego okrętu.

Dziadek miejscowej dziewczyny, którą chłopiec poznaje tuż po znalezieniu klejnotu, Spyros Dimitrios, opowiada dzieciom legendę, według której znaleziona przez Bartka gemma jest niczym innym, jak pieczęcią boga mórz, Posejdona. Ma ona wskazywać miejsce ukrycia skarbu pochodzącego z mitycznej Atlantydy.

Zew przygody drzemiący w każdym z piątki przyjaciół nie pozwala im tej informacji zignorować.
Choć sprawa mitycznej Atlantydy po dziś dzień budzi wiele kontrowersji wśród badaczy zajmujących się jej kwestią, muszę przyznać, że historia napisana na potrzeby drugiego tomu Kronik Archeo, staje się w moich czach wielce prawdopodobna. Dzieje się tak dlatego, że wysnute w niej tezy poparte są sprawdzonymi i znanymi informacjami.

Książkę przeczytałam bardzo szybko i była to dla mnie prawdziwa przyjemność. Choć na moment mogłam przenieść się w piękne miejsce, gdzie stałym elementem krajobrazu są białe, wyrosłe na skałach domki. Mimo iż fantazję mam bujną, wcale nie musiałam wyobrażać sobie tego, jak owe domki wyglądają, bowiem bajeczne ilustracje spowodowały, że miałam je niemal na wyciągnięcie ręki.

Naprawdę szata graficzna oraz ilustracje zawarte w Kronikach Archeo wspaniale dopełniają zajmującą treść, która zainteresować może nie tylko młodszych czytelników.
Wielkie brawa dla ilustratora serii, Jacka Pasternaka.

Książka zaintrygowała mnie bardziej, niż niejeden kryminał dla dorosłych. :-)))

sobota, 26 maja 2012

Mama

Filip przystanął przed dużym przeszklonym oknem wystawowym kwiaciarni, której od dłuższego czasu bywał częstym gościem. Wiedział, że gdy tylko przestąpi próg tego sklepu, zza lady przywita go ciepły uśmiech i równie ciepłe "dzień dobry" wypowiedziane głosem pani Hani.

- Poproszę dwa bukiety róż, jeden niech będzie herbaciany, drugi czerwony, przetykany konwaliami - rzekł Filip. Pani Hania z uśmiechem na ustach zabrała się do przygotowywania bukietów.

- Synku, - zagaiła serdecznie - pozdrów Mamę ode mnie. Słyszałam, że ostatnio bardzo chorowała. Powiedz jej, że czekamy z niecierpliwością, kiedy znowu nas odwiedzi.

- Dziękuję bardzo pani Haniu - trzydziestotrzyletni mężczyzna uśmiechnął się lekko, po raz kolejny usłyszawszy  zapamiętane jeszcze z czasów dzieciństwa słowo "synku", którym zawsze obdarzała go starsza kobieta, mimo iż Filip nie był przecież jej dzieckiem, ani nawet krewnym. - Proszę się nie martwić, na pewno przekażę Mamie pozdrowienia - Filip bezskutecznie próbował włożyć w dłoń starszej kobiety należność za dwa bukiety.

- Nie trzeba, mój drogi - powiedziała. - Niech kwiaty długo cieszą oczy tych, dla których są przeznaczone, Filipku - odprowadziła człowieka, którego znała od pierwszych dni jego życia, spojrzeniem przepełnionym serdecznością.

Filip... "Miłujący konie", takie imię nadała mu Mama. Imię o tak niezwykłym znaczeniu zobowiązywało, więc Filip od momentu, kiedy jako pięcioletni chłopiec po raz pierwszy dosiadł karego wierzchowca, jeździł na nim tak, jakby zarówno on i zwierzę o bujnej, gęstej grzywie stanowili jedność.

Kierując się w stronę domu, mężczyzna z nostalgią wspominał nie tylko lekcje jazdy konnej. Przed oczy napłynął mu obraz małego pokoiku, w którym od zawsze królowały książki i kwiaty. - Mama po dziś dzień ubóstwia kwiaty - uśmiechnął się do siebie. - I książki także - pomyślał o najnowszej powieści znanego pisarza, zawiniętej w kolorowy papier, spoczywającej na szafce w przedpokoju w jego nowym mieszkaniu. Było ono zupełnie inne od tego, które Filip jako mały chłopiec dzielił ze swoją Mamą. Tamto składało się tylko z małego pokoiku i jeszcze mniejszej kuchni, a mimo to wyniósł z niego najpiękniejsze i najlepsze wspomnienia. Do dnia dzisiejszego pamiętał okrągły brązowy stolik, nakryty dzierganą na szydełku serwetką, przy którym spędził z Mamą dużo radosnych chwil. To przy tym stoliku Mama opatrywała pozdzierane do krwi kolana i ocierała mokre od łez policzki. To przy tym stoliku z kolegami i koleżankami z klasy grali w karty, co chwilę sięgając po kawałek drożdżowej bułki z rodzynkami, grubo posmarowanej na wierzchu masłem. To przy tym stoliku wreszcie przytulała zrozpaczonego syna, gdy jego pierwsza wielka miłość znalazła sobie inny obiekt westchnień, powtarzając przy tym, że pewnego dnia odnajdzie taką, która jest przeznaczona dla niego.

Filip nie znał własnego ojca. Gdy tylko dowiedział się o tym, że Anna spodziewa się dziecka, odszedł ze słowami: "To twój problem, nie mój. Rób co chcesz i nie oczekuj ode mnie żadnej pomocy". Więc Anna radziła sobie sama.

Mimo tej gorzkiej pigułki, jaką Filipowi podarowało życie, stał się on człowiekiem o prawym, pogodnym i silnym charakterze, ponieważ miłość do ludzi, jaką zaszczepiła w nim Matka, była znacznie większa od wszystkich bolesnych ciosów, których doświadczał.

Dzięki swojej Mamie Filip poznał dwa odrębne światy. Swoją postawą wobec innych nauczyła go ona szacunku oraz akceptacji wobec odmienności. Pokazała mu, że to, co na pierwszy rzut oka wydaje się "inne", tak naprawdę po bliższym poznaniu jest "takie samo". Matka nauczyła go także patrzeć sercem...

Gdy kilka miesięcy temu Mama Filipa poważnie zachorowała, ten spędzał w szpitalu długie godziny, czuwając przy jej łóżku. Gdy po kilku tygodniach kryzys minął, pani Anna opuściła szpital jeszcze wątlejsza niż dawniej, lecz mimo to jak zawsze uśmiechnięta.

Filip nie przypuszczał, że wizyty w szpitalu zaowocują tym, na co tak długo czekał. Poznał tam Emilkę, która dziś po raz pierwszy świadomie będzie świętować Dzień Matki. Kiedy tylko Filip przekroczy próg mieszkania, Emilka bezwiednie położy dłoń na zaokrąglonym brzuszku,  po czym nieśmiało się do niego przytuli, delikatnie opierając policzek o pachnące płatki czerwonych róż. Emilka była pod pewnym względem bardzo podobna do jego Mamy.

Jego Mamy... Jego Mamy na wózku... Dzięki niej poznał dwa tak dalekie od siebie, a jednocześnie przenikające się nawzajem światy. Świat zdrowych i niepełnosprawnych. Jako student jeździł na obozy dla niepełnosprawnej młodzieży. Wśród młodych, poruszających się na wózkach ludzi jako wolontariusz spędzał każde wakacje i ferie zimowe.  Podczas lata uczył ich pływać w ciepłym lazurowym morzu, w zimie natomiast zjeżdżał wraz z nimi na sankach z wysokich pagórków, czemu zawsze towarzyszyły niepohamowane piski i krzyki radości. To właśnie wśród ludzi, których często bardzo inteligentne umysły zamknięte były w niedoskonałych ciałach, po raz kolejny nauczył się, czym jest szczera i bezgraniczna radość.

Filip weźmie narzeczoną na ręce, by znieść ją po schodach i pomóc usadowić się w samochodzie. Młodzi pojadą do pani Anny zakomunikować jej radosną nowinę. A potem Filip zabierze dwie drogie swemu sercu kobiety w pewne przepełnione magią miejsce... Będzie cudowna niespodzianka! Ale to już zupełnie inna historia...

*

Wszystkim Mamom z okazji ich święta, tym, które mogą już cieszyć oczy własnym potomstwem, tym przyszłym, i tym kobietom, które pragną nimi zostać, z całego serca życzę wszystkiego dobrego.

środa, 23 maja 2012

Maj upływa mi pod znakiem spotkań

Pamiętacie Lenkę? Jeszcze niedawno była taka malutka, a dzisiaj proszę jaka z niej duża panienka. Czyż nie jest prześliczna?


Lenka przybyła do mnie w odwiedziny aż z Człuchowa, wraz z moją długoletnią Przyjaciółką Anią i jej mężem Przemkiem. Spędziliśmy przemiłe wspólne pół godziny. Był to przedsmak dłuższej wizyty zapowiedzianej na lipiec. Już nie mogę się jej doczekać, tym bardziej, że Lenka była wpatrzona w "ciocię" jak w obrazek i pozwalała się zaczepiać. :-)))))
Dziecinka była grzeczna jak aniołek.

A w poniedziałek dostałam taki oto prezent od Agnieszki, u której kiedyś jako studentka byłam na praktykach:




To ręcznie robione kolczyki. Idealny prezent dla wielbicielki błyskotek, a kolczyków w szczególności. Jeśli ktoś chce sprawić mi radość, wie, iż uczyni to najlepiej obdarowując mnie ciekawą książką bądź kolczykami. Zresztą, ja z każdego podarunku cieszę się jak dziecko.